filmy

Dlaczego „Elvis” nie jest home runem? Ponieważ to nie wystarczy Baz Luhrmann

Czytanie recenzji Baz Luhrmann‘s “Elvis”, można by pomyśleć, że musi to być jakiś szaleńczo barokowy spektakl wykwintnego przesady, coś, co sprawia, że ​​ludzie przewracają oczami — lub które sprawiają, że oczy innych rozszerzają się z zachwytu — kiedy słyszą nazwę „Baz Luhrmann ”.

W The Hollywood Reporter David Rooney pisze: „To, co myślisz o „Elvisie” Baza Luhrmanna, będzie w dużej mierze zależało od tego, co myślisz o zuchwałym, brokatowym maksymalizmie Baz Lurhmanna”. W Rolling Stone K. Austin Collins nazywa ten film „bezczelnym, przytłaczającym doświadczeniem. To karnawał w filmowej formie”, podczas gdy AO Scott z The New York Times mówi: „Cała ta satyna i kryształ górski, przefiltrowane przez miażdżącą, zdominowaną przez czerwień kinematografię Mandy Walker, przywołuje atmosferę ponurego, szalonego erotyki. Możesz pomylić to z filmem o wampirach. W swojej recenzji „Elvisa” ja również tańczyłem jig Baz Luhrmann, nazywając go „błyszczącym wiatrakiem z filmu, który przekształca sagę o Elvisie, którą wszyscy nosimy w głowach, w bogato wyreżyserowaną biografię jako pop- opera.” Gdybym przeczytał te recenzje i zamierzał zobaczyć „Elvisa” w ten weekend, prawdopodobnie spodziewałbym się, że będę przypinać się do nieubłaganej kolejki górskiej cekinowej ekstrawagancji.

Można powiedzieć, że film do tego pasuje. „Elvis” rozpoczyna się 10-minutowym preludium zdjęć na podzielonym ekranie, które przeskakują do Elvisa w Las Vegas w latach 70-tych. Ekstrawagancka wirtuozeria tworzenia filmów zapewnia wysoki kontakt. Siedząc przez te fanfary, pomyślałem: „Tak! Świetny! Więcej!” (Trzy słowa, które mogą być drugimi imionami Baza Lurhmanna.)

Około 45 minut później film pokazuje trzęsienie ziemi powodujące skręt bioder, które było jednoosobową rewolucją seksualną Elvisa. Czyni to poprzez zwiększenie intensywności, zamieniając muzykę w dźwiękowy kolaż pożądania i uwolnienia („Cóż, odkąd moje dziecko mnie opuściło…”, „Ale nie wchodź na moje niebieskie zamszowe buty!” „W każdym razie…”), która niesie chwilami miażdżącą zmysłowość dioramy rock-show spotyka się ze striptizem. Krzyki, które widzimy i słyszymy na widowni Elvisa, to nie tylko wrzaski nastolatków. To dorosłe kobiety, które wybuchają, jakby właśnie zrzuciły kajdany sprzed 4000 lat. Biorąc to wszystko pod uwagę, można by dojść do wniosku, że „Elvis”, niezależnie od tego, czy ktoś go osądzi, jest w każdym calu filmem Baza Luhrmanna.

Tyle że tak nie jest. Nie całkiem. to znaczy nie naprawdę.

„Elvis” jest ozdobiony akcentami Baz: skandalicznie zdobionym logo Warner Bros. na początku, montażem, który zmienia życie Elvisa z Priscilla i Memphis Mafia w latach 60. w rodzaj pastelowego filmu Elvisa i nikczemny blask Tom Hankswystęp jako płk Tom Parker. (Mówiąc z akcentem holenderskim i środkowoamerykańskim, cierpkim, Hanks nie przypominał mi nikogo tak bardzo, jak starzejącego się nazistowskiego złoczyńcy, którego Laurence Olivier z chciwym spojrzeniem przedstawił w Marathon Man.)

Ale jeśli spojrzysz poza te świadomie przegrzane dotknięcia, większość z dwóch godzin i 39 minut „Elvisa” jest stosunkowo prostą biografią Elvisa Presleya. Jestem wielkim fanem biografii muzycznych, a wiele z tych, które kocham – jak „Get on Up” czy „The Buddy Holly Story” – to w formie i duchu filmy o mocnej konwencjonalności. Więc jeśli „Elvis” jako film ma swoje korzenie w konwencjonalnej dramatycznej ziemi, możesz zapytać: jaki byłby z tym problem?

Problem w tym, że Luhrmann, tak ekscytujący filmowiec, jak tylko może (w najlepszym wydaniu jest rozgorączkowanym czarodziejem błyskotliwego filmowego voodoo), nie jest artystą, który wyróżnia się na arenie konwencjonalnego opowiadania historii. Sposób, w jaki rozgrywa się to w „Elvisie”, polega na tym, że cała pierwsza połowa filmu jak stwierdziłem w mojej recenzji, jest nie tyle dramatyzacją życia Elvisa Presleya, ile swego rodzaju pokrętną ilustracją. Ciągle mówi się nam różne rzeczy o Elvisie – sposób, w jaki jego muzyczny mojo został zdefiniowany przez jego południowe zanurzenie w bluesie i gospel, presję wywieraną na nim, aby przyciąć seksualną ekstrawagancję jego scenicznej osobowości. Ale sceny nie są napisane po to, abyśmy doświadczali ich z punktu widzenia Elvisa. Zamiast tego zaglądamy do filmu, bardziej zajęci niż pogrążeni, przywiązani do narracji Hanksa, ale oglądamy to wszystko z daleka.

Dlatego Austin ButlerWydajność w pierwszej połowie wydaje się odległa. Aktorowi, przepraszam, zasadniczo brakuje mu niebezpieczeństwa błysku w oczach Elvisa (to jeden z powodów, dla których jego występy stają się o wiele lepsze, gdy film wchodzi w późne lata 60., kiedy Elvis już nie był niebezpieczny). A jeśli odłożysz na bok kofeinę, większość pierwszej połowy „Elvisa” ma prozaiczny klimat jedno po drugim, pełen energii, ale nie lepszy niż ten film telewizyjny.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy, przed rozpoczęciem sezonu rozdania nagród, widzowie i krytycy będą debatować, czy „Elvis” jako dramat jest dobry czy zły, czy po prostu w porządku, „godny Oscara”, czy lepszy niż „Bohemian Rhapsody”, czy nie jako dobry jak „Ray” lub cokolwiek. Mam wrażenie, że ten film, rozproszony i niedoskonały, jest naprawdę czymś do zobaczenia. Dlatego nie dziwię się, że się podobało solidny weekend otwarcia i dlaczego cieszy mnie perspektywa jego sukcesu. „Elvis” to wydarzenie, powierzchowna, ale żywa wizja życia jednej z pięciu najważniejszych postaci kultury ostatnich 100 lat. Dlaczego widzowie z całego świata nie mieliby gromadzić się, aby to zobaczyć? Mam nadzieję, że tak.

Ale po obejrzeniu filmu dwa razy, oto, co mnie prześladuje. Chciałem, żeby „Elvis” był świetny – dramat, który wykorzystałby mitologię Elvisa i rzeczywistość Elvisa, w sposób, który pozostawiłby publiczność zrujnowaną i oczarowaną. W ciągu 30 lat reżyserowania filmów Baz Luhrmann stworzył dla mnie jedno arcydzieło: „Moulin Rouge!” To wizjonerski musical naszych czasów i film o wyjątkowej, zuchwałej wielkości. Oglądanie tego to omdlenie ze smutku i zachwytu — żyć przez dwie godziny w odlotowym niebie szafy grającej. A „Elvis”, jak sądzę, mógłby być lepszym filmem, gdyby Luhrmann porzucił swoją rozkładaną wersję realizmu biograficznego, a zamiast tego zapadł w sen pełen gorączki. I, co więcej, przeszła pełna musical sen gorączkowy. Bo najdziwniejsze w „Elvisie” jest to, że choć jest usiane fascynującymi muzycznymi momentami, nie zapewnia katharsis wielkiego musicalu rockowego.

Weź montaż, który skompresował karierę filmową Elvisa – i większość lat 60., aż do nagrania jego specjalnego powrotu z 1968 r. – do zaledwie dwóch minut czasu na ekranie. To sprytne; Luhrmann wymyślił sposób na usprawnienie historii Elvisa. Ale dla mnie robi to w sposób, który jest fałszywy w stosunku do estetyki Baz Luhrmanna. Dlaczego nie spędzić trochę czasu rozkoszując się kiczowatą chwałą „Viva Las Vegas” — i wykorzystać karierę filmową Elvisa jako sposób na pokazanie, jak pułkownik Parker już wysysał z niego życie? Myślę, że to dziwne, że „Elvis” poświęca tak dużo czasu na nagranie programu specjalnego z 1968 roku, a wszystko po to, by pokazać, że Parker chciał, aby Elvis nosił świąteczny sweter i śpiewał świąteczne piosenki – podczas gdy Elvis zamiast tego osłabiał pułkownika, zdobywając z powrotem w kontakcie ze swoimi korzeniami. Ta sekcja jest zabawna jak socjologia telewizyjna, ale po raz kolejny jesteśmy poza Elvisem. Nie czujemy się związani z jego duszą, dopóki film nie pojawi się w Vegas, kiedy to całkowicie wystartuje.

Nagle Elvis jest w swojej chwale jako król rock’n’rolla w białym garniturze, grający w karate, z pięcioma pierścieniami na palcach. Ale jest też w więzieniu, gdzie pułkownik jest jego złym strażnikiem, który przykuł go do kontraktu, który zmieni go w łykającego pigułki zombie (a zatem tak, pułkownik naprawdę go zabił). W ostatniej trzeciej części wznosi się „Elvis”. To prawie tak, że naprawdę zaczyna się film. Scena „Unchained Melody” na końcu jest niczym innym, jak nawiedzeniem.

Tym, czego naprawdę chciałbym, by Luhrmann zrobił, jest potraktowanie życia Elvisa w bardziej radykalny, stylizowany, Baz-tastyczny sposób. Mógł zmienić „Jailhouse Rock” (kluczowy moment dla Elvisa, choć nie ma go nawet w filmie) w zapierające dech w piersiach objawienie, a jeśli Elvis-the-miednica wprowadzi-seks-do-amerykańskiej rewolucji 1956 został wyreżyserowany w mniejszym stopniu niż telewizyjno-biograficzny montaż news-flash, wraz z fałszywymi skandalami (jakby te prawdziwe nie były wystarczająco żywe) i jako bardziej deliryczny numer muzyczny, piosenki mogłyby wznieść się na nowy poziom. Mogło się nawet wydawać, że nie słyszeliśmy ich wcześniej. Zamiast tego muzyka Elvisa, aż do sekcji Vegas, miesza się w coś w rodzaju smoothie Elvisa Presleya.

Jeśli brzmi to tak, jakbym prosiła „Elvisa”, aby był innym rodzajem filmu niż jest – cóż, jestem. Ale o to chodzi: Lurhmann już wszedł do króliczej nory tego rodzaju filmu, kiedy zmienił pułkownika Parkera w demonicznie zaakcentowanego, błyskotliwego łobuza zdrady. Hanks został niesprawiedliwie napadnięty za swój występ, który jest znaną sztuką operowego łajdactwa. Ale jeśli tak zamierzasz iść, dlaczego nie kręcić prac? Gdyby „Elvis” był psychodelicznym rockowym wymarzonym spektaklem, takim jak „Moulin Rouge!” z Królem w centrum, mogło to być jeszcze bardziej obowiązkowe. W rzeczywistości film, choć niezwykle wart obejrzenia, spędza zbyt dużo czasu uwięzionego między mitem rockowym a miejscem Baz.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Back to top button